„Well play Darren, see you next year!” Od dziś takie napisy będą wisiały na tablicach wywieszanych tradycyjnie w miejscu kolejnego The Open, tym razem w Lytham St. Annes. Co jednak ważniejsze imię 42-letniego Irlandczyka zapisało się dzisiaj na kartach golfowej historii i pozostanie tam zawsze.
Clarke, który liderem został już po drugiej rundzie, nie oddał prowadzenia do końca. Kiedy w piątek poproszono go na konferencje prasową jeden z dziennikarzy szczerze wyznał: "Byłeś ostatnią osobą, którą spodziewałbym się tu zobaczyć". Rzeczywiście, dwa dni temu, kiedy posypały się pytania komentatorów o to, czy Clarke jest w stanie powalczyć o zwycięstwo, wydawał się wszystkim „zakurzoną" gwiazdą, graczem, który już 19 razy próbował swoich sił w The Open, zawodnikiem, który swoje najlepsze momenty ma już za sobą, tj. wygrana w Accenture Matchplay Championship (z Tigerem Woodsem), trzecie miejsce w British Open w 2001... Być może zapowiedzią jego formy było pierwsze od dłuższego czasu ważne zwycięstwo w Iberdrola Open (maj 2011), a może ostry trening w Portrush, którego warunki pogodowe odpowiadają temu, co widzieliśmy wczoraj i dziś na St.Georges.
To, co dziś pokazał Irlandczyk dowodzi jednak, że tytuł był absolutnie zasłużony. Clarke, który przeżył osobistą tragedię pięć lat temu - śmierć żony - dziś spoglądając na Claret Jug wspomniał, że ukochana Heather byłaby z niego dumna. Dumni będą z pewnością także Irlandczycy, który powodów do radości mają niemało: miesiąc temu Rory McIlroy został najmłodszym (od 1933) zwycięzcą U,S, Open, rok temu w tym samym turnieju wygrał Greame McDowell.
Do punktu, w którym Clarke się dzisiaj znalazł prowadziła jednak długa droga. Trzy pierwsze rundy poniżej par i dzisiejsza - 70 – w trudnych warunkach i pod presją, jaka na nim spoczywała, to wspaniały wynik. Dobry start - birdie na dołku nr dwa, a na siódemce eagle. Drugą dziewiątkę Clarke grał bezbłędnie aż do siedemnastki, gdzie potrzebował dodatkowego putta i na osiemnastce, gdzie wiedząc już, że ma trzy uderzenia przewagi nad partnerem Dustinem Johnsonem zrobił bogeya. Ale to nie miało już najmniejszego znaczenia. Przez całą rundę niósł go niesamowity wręcz doping kibiców i zadowolenie ze wsparcia, jakie otrzymywał widać było wyraźnie na jego twarzy – szedł po zwycięstwo. Ten pewny marsz jedynie przez moment mógł przerwać Phil Mickelson, który „przyczaił" się na leaderbordzie z pięcioma uderzeniami straty do lidera, ale po sześciu pierwszych dołkach był juz na -3, a na siódemce zrobił eagla i tracił do Clarke'a tylko jedno uderzenie. Tysiące fanów golfa na polu St. Georges mogło mieć wrażenie, że oto jesteśmy świadkami niewiarygodnego zwrotu akcji, ale na 11. dołku Phil nie trafił krótkiego putta i bogeye się posypały. Ostatecznie Amerykanin podzielił drugie miejsce z Dustinem Johnsonem, który nie odpuszczając liderowi w decydującym momencie, na 14. dołku wylądował na out of bounce i stracił dwa uderzenia.
Nie zawiódł również Thomas Bjorn – lider pierwszego dnia z imponująca rundą 65 – dziś zagrał jeden powyżej par i zajął czwarte miejsce tuż za Amerykanami. 22-letni Ricky Fowler, zdecydowanie najmłodszy w całym gronie walczącym dziś o najwyższe pozycje zajął ex equo 5. miejsce z Chadem Campbellem i Anthonym Kimem. Sporą niespodziankę sprawił dziś Sergio Garcia - po siedmiu dołkach miał już na koncie 4 birdie i obok Mickelsona zagrał dziś najlepszą rundę dnia - 68. Przyjemnością - jak dla mnie - było dziś oglądanie pięknego golfa w wykonaniu Raphaela Jacquelina. Gdyby nie pechowa pierwsza runda Francuz z pewnością liczyłby się w wyścigu o podium.
Jak się spodziewano tytuł najlepszego amatora wywalczył Tom Lewis, który zapewne nie zapomni swojej czwartkowej rundy, kiedy to znalazł się na ustach wszystkich po pięknej rundzie na -5.
Tegoroczny The Open należał jednak do weteranów. Nie tylko Clarke jest tego dowodem, ale i wciąż zaskakujący Tom Watson, Thomas Bjorn czy Tom Lehman. I na tym chyba polega magia British Open, angielskiej pogody i golfa w ogóle.
Karolina Gembala
Masz swoje zdanie?
Przedstaw je!
